Join for FREE | Take the Tour Lost Password?
[x]

deviantART

:thumbsup:
 
About Me Member Journalistic Photographer AnnaIMaciekPoland Recent Activity Deviant for 2 Years
Needs Premium Membership
Statistics 299 Deviations
60 Comments
3,365 Pageviews

... – 2 maja 2007 – Wielka Wyprawa

Fri Jun 8, 2007, 2:43 AM
Po powrocie z wyprawy nad morze zaczęła się lekka szara rzeczywistość, oczywiście jak na standardy słoweńskiego Erasmusa, czyli imprezy, party, koncerty... ale niestety oprócz tego praca nad esejami zaliczeniowymi. Ogólnie w do końca kwietnia nie wydarzyło się chyba nic szczególnego, aż do dnia 27 kwietnia. Był to dzień święta narodowego w Słowenii, a po za tym przyjechała moja przyjaciółka z LO – Sylwia. Przywitanie na dworcu, powrót do Rożnej Doliny i odpoczynek. A nastę;pnego dnia jak przystało na gospodarza i prawdziwego Ljubljańczyka ;) zaoferowałem się z oprowadzeniem po mieście. Obeszliśmy więc zamek, stare miasto, kilka sklepów, targ warzywny, stare miasto...

Szczęśliwie uniknęłam tejże wątpliwej przyjemności kilkugodzinnych podróży po sklepach. Choć przyznam, że kiedy później wybraliśmy się wspólnie do BTC, było całkiem radośnie. Sylwia swoim przyjazdem wprowadziła jakiś taki powiew świeżości do naszego szarego, imprezowego życia w Ljubljanie... Zwłaszcza, że wraz z jej przybyciem na horyzoncie pojawiła się wizja kolejnego podboju geograficznych stref nadmorskich – gorącej Italii. Podróż zaplanowana została zupełnie bez głowy, co ostatecznie wywołało taką ilość skutków ubocznych, że głowa mała... W każdym razie była to najbardziej szalona, niezaplanowana i szczęśliwie-pechowa podróż w ciągu całego chyba naszego pobytu w słodkiej Słowenii... Ale po kolei.


Dnia 29 kwietnia roku pańskiego 2007 wyjechaliśmy skoro świt (czyli jakoś o 12:00) na słoweńskie wybrzeże. Pierwsze nieszczęście zdarzyło się już w miejscu stopowiczów – mój mp3 player uległ jakiemuś nieoczekiwanemu wypadkowi i na zawsze zapadł się w otchłań zepsucia i bezużyteczności. Czarna rozpacz mnie ogarnęła, ale mówi się trudno i choć ciężko żyć bez muzyki, jakoś przetrwałam...
W każdym razie, naszym planem było zwiedzenie Kopru a nastę;pnie udanie się do Piranu i tam nocleg w znanym już miejscu słoweńskich harcerzy. Nieszczęśliwym trafem jednak napotkaliśmy jakiegoś dziwnie zakręconego kierowcę, który postanowił zamiast w Koprze, wysadzić nas w Isoli. Pierwszy plan poszedł w łeb. Podróż pieszo do Kopru była niesamowicie przyjemna... Tja... Z tego tez powodu postanowiliśmy już tego samego dnia udać się na drugą stronę granicy, do Triestu i tam zarządzić nocleg. Na życzliwy samochód czekaliśmy dobre dwie godziny, w międzyczasie nawiązaliśmy niemą przyjaźń z miejscowym bobrem, który okazał się być nutrią. Ostatecznie do Triestu zabrał nas bardzo miły Święty Mikołaj, to znaczy pan z długimi, blond włosami, który w swoim samochodzie posiadał czarną perukę, co trochę nas przeraziło...

Z kolei w Trieście okazało się, że bardzo niedługo odjeżdżać będzie pociąg do Wenecji. I w ten oto sposób, po błyskawicznym zwiedzaniu pierwszego włoskiego miasta wsiedliśmy do pociągu i wylądowaliśmy w Wenecji. Wenecja nocą urzekła mnie wyjątkowo, choć rozpraszał mnie smrodek unoszący się tu i ówdzie. Tego wieczoru odkryliśmy również, że Włosi nie potrafią mówić po angielsku i wydaje im się, ze jak będą do nas mówić po włosku powoli i wyraźnie to i tak wszystko zrozumiemy. Odkryliśmy również przerażającą prawdę – Włosi kompletnie zatracili poczucie czasu i odległości. Droga do pola namiotowego, które polecili nam Portugalczycy, zamiast obiecanych 6 minut pieszo zajęła nam 30 minut autobusem... A na miejscu i tak postanowiliśmy zaoszczędzić i namiot rozbiliśmy na czyimś polu. Oczywiście z powodu ciemności wybraliśmy najbardziej niewygodne miejsce, mimo, że wszędzie dookoła podłoże było zupełnie przyjazne i komfortowe. Pech to pech.

Zwiedzanie Wenecji sobie odpuszczę. Dużo wody, dużo smrodu, dużo mostów, mimo, że ładnie tam jest, miejsce całkowicie zapełnione turystami, głównie Azjatami z wielkimi aparatami, robiącymi zdjęcia wszystkiemu, czemu się zdjęcie zrobić da. Krótko mówiąc – Wenecja nie zachwyciła nas jakoś specjalnie. Trochę zakupów, zdjęć i kluczenia uliczkami... Obiad na schodach i kolejne zmiany planów. Właściwie plany dawno już poszły w niepamięć – nikt nie chciał zabrać nas na południe, czy to do Bolonii, czy Florencji, czy gdziekolwiek... Dlatego też wsiedliśmy do pierwszego lepszego autobusu, który mógł nas wywieźć z Wenecji i powędrowaliśmy do Padovy. Za darmo 30 kilometrów. Miła odmiana dla naszego pecha... J

Szczęście skończyło się w Padovie. Czekanie na samochód, który mógłby nas zabrać do Bolonii przeciągało się w nieskończoność aż w końcu o godzinie 23:00 jakiś przemiły Włoch wywiózł nas za miasto na początek autostrady... Mijające samochody trąbiące na mnie i Sylwię nie były najmilszą rzeczą, jaka mogła nas spotkać. Obie w krótkich spodniach, do tego Maciek obok, wyglądałyśmy jak dwie.. no... i alfons w każdym razie. Żadna przyjemność. Zwłaszcza, że strasznie tego dużo we Włoszech, gdzie się nie spojrzeć jakieś panie czekające na okazję...

No nic, po nieudanej próbie złapania czegokolwiek do Bolonii postanowiliśmy pojechać pociągiem. Powrót pieszo do miasta o godzinie 23:30... Marzenie każdego autostopowicza. Nocna podróż pociągami kompletnie nas wyczerpała. Najpierw pociąg do Bolonii o 1:00, potem czekanie 5 godzin na pociąg do Florencji (przemili włoscy SOKiści przerwali nam drzemkę na stacji i wygonili do poczekalni, skąd nastę;pnie znowu nas wyrzucili...). We Florencji kolejna godzina czekania na pociąg do Livorno. W życiu jeszcze tak się nie trzęsłam, jak wtedy, cud, że się nie pochorowaliśmy. Przystanek końcowy – Livorno na zachodnim wybrzeżu Włoch. Prowizoryczne mycie w dworcowej ubikacji, łącznie z myciem włosów i całą resztą... A potem na plażę. I tutaj kolejne rozczarowanie, bo zamiast pięknych plaż Morza Śródziemnego nasze oczy ujrzały jakieś industrialne paskudztwo, z mnóstwem fabryk, zabudowanym wybrzeżem i 100 metrami plaży z piaskiem. Cóż, jak na naszego pecha dobre i to, więc legliśmy na tej pseudo plaży i cieszyliśmy się chociaż tym kawałkiem. Oczywiście spiekłam się jak kurczak na rożnie, co dało mi się we znaki w czasie podróży powrotnej.

Pogoda zmienną jest. Zdecydowanie stanie na jakimś odludziu z karteczką ‘Florenze’, w deszczu, burzy, grzmotami i błyskawicami nie należy do najprzyjemniejszych. A Włosi w okrutny sposób nas najnormalniej w świecie olali. Pozostała nam komunikacja kolejowa. Czyli znowu pociągiem do Florencji, gdzie zobaczyliśmy aż jeden zabytek i musieliśmy udać się na zupełnie inną stację i tam czekać w nieskończoność na pociąg do Triestu. Mili bezdomni panowie dotrzymali nam towarzystwa a rozmowa w języku hiszpańsko-włosko-angielskim potrafi naprawdę umilić czas...

Do Triestu dotarliśmy bez dziwniejszych przygód. Jeśli do dziwnych przygód nie wliczać spania na korytarzu i tego, że zapłaciliśmy za całą trasę jedynie 9 euro za odcinek Wenecja-Triest... W mieście docelowym zjedliśmy włoskie śniadanie, narobiliśmy zakupów (niesamowicie to wszystko tanie, słodycze, wino – obrzydliwe jak diabli) i po pewnym czasie znaleźliśmy się w Koprze. Z Kopru podrzuciła nas pod Ljubljanę przemiła dziewczyna, która wręczyła mi w prezencie płytę z niezwykle przyjemną dla ucha muzyką pewnej słoweńskiej wokalistki a stamtąd do Lj podwiozło nas dwóch upalonych panów, którzy w prezencie dali nam papierki do zwijania filtrów do papierosów i nie tylko...

I tak oto skończyła się przygoda we Włoszech. Ostatecznie z miejsc, które chcieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy jedynie Wenecję, Rzym odpadł w przedbiegach, nie wspominam o cudnych śródziemnomorskich plażach i o tym, że nawet pizzy nie zjedliśmy ani makarony żadnego. Za to przygoda niezapomniana i kilka lekcji – nie jedź na stopa do Włoszech, nie ufaj w poczucie odległości Włochów, Wenecja śmierdzi a pociągami jedź w nocy i płac jak najmniej. A na zakupy do Triestu – wyjątkowo opłacalne.

deviantID

No deviantID yet.

Devious Info

  • Current Residence: Ljubljana and...
  • Interests: vino :D (the only one, which is shared by me and me)
  • Favourite photographer: we, ourself and we

deviantART Community Board

[x]

Comments


Flagged as Spam
Flagged as Spam
Flagged as Spam
:iconteresablada:
czekamy na dalsze opisy
:iconbtnpl:
Wygląda ciekawie, dodaję do obserwowanych :)
Pozdr.

--
[link] -> My DA
:iconebrehe:
thanks 4 the fav brotha..

--
There's no time to analyse
:iconteresablada:
opisy super , wycieczka pewie też,a kiedy opis wypadu do Wenecji?
:iconannaimaciek:
już wkrótce, zaczynamy nadrabiać zaległości... póki co zdjęcia z wybrzeża...
:iconinfected-pl:
Yo Maqu i Blada jak sobie radzicie w slowenii? bo u nas zamula na cyprze i mielismy tutaj niezle przejscia hehe ale dalismy rade spotkalismy ziomkow z polski i wszystko leci coraz lepiej prace mamy zarabista i latwa codziennie wstajemy o 16.00 a pracujemy 5h za niezla kase stojac i rozdajac ulotki hehehe pozdro z Cypru!!

--
"Technically I Was Never Alive..." Infected.
:iconannaimaciek:
pozdro, pozdro... u nas jakoś leci, raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze do przodu... :)

Site Map