Szczęśliwie uniknęłam tejże wątpliwej przyjemności kilkugodzinnych podróży po sklepach. Choć przyznam, że kiedy później wybraliśmy się wspólnie do BTC, było całkiem radośnie. Sylwia swoim przyjazdem wprowadziła jakiś taki powiew świeżości do naszego szarego, imprezowego życia w Ljubljanie... Zwłaszcza, że wraz z jej przybyciem na horyzoncie pojawiła się wizja kolejnego podboju geograficznych stref nadmorskich gorącej Italii. Podróż zaplanowana została zupełnie bez głowy, co ostatecznie wywołało taką ilość skutków ubocznych, że głowa mała... W każdym razie była to najbardziej szalona, niezaplanowana i szczęśliwie-pechowa podróż w ciągu całego chyba naszego pobytu w słodkiej Słowenii... Ale po kolei.
Dnia 29 kwietnia roku pańskiego 2007 wyjechaliśmy skoro świt (czyli jakoś o 12:00) na słoweńskie wybrzeże. Pierwsze nieszczęście zdarzyło się już w miejscu stopowiczów mój mp3 player uległ jakiemuś nieoczekiwanemu wypadkowi i na zawsze zapadł się w otchłań zepsucia i bezużyteczności. Czarna rozpacz mnie ogarnęła, ale mówi się trudno i choć ciężko żyć bez muzyki, jakoś przetrwałam...
W każdym razie, naszym planem było zwiedzenie Kopru a nastę
Z kolei w Trieście okazało się, że bardzo niedługo odjeżdżać będzie pociąg do Wenecji. I w ten oto sposób, po błyskawicznym zwiedzaniu pierwszego włoskiego miasta wsiedliśmy do pociągu i wylądowaliśmy w Wenecji. Wenecja nocą urzekła mnie wyjątkowo, choć rozpraszał mnie smrodek unoszący się tu i ówdzie. Tego wieczoru odkryliśmy również, że Włosi nie potrafią mówić po angielsku i wydaje im się, ze jak będą do nas mówić po włosku powoli i wyraźnie to i tak wszystko zrozumiemy. Odkryliśmy również przerażającą prawdę Włosi kompletnie zatracili poczucie czasu i odległości. Droga do pola namiotowego, które polecili nam Portugalczycy, zamiast obiecanych 6 minut pieszo zajęła nam 30 minut autobusem... A na miejscu i tak postanowiliśmy zaoszczędzić i namiot rozbiliśmy na czyimś polu. Oczywiście z powodu ciemności wybraliśmy najbardziej niewygodne miejsce, mimo, że wszędzie dookoła podłoże było zupełnie przyjazne i komfortowe. Pech to pech.
Zwiedzanie Wenecji sobie odpuszczę. Dużo wody, dużo smrodu, dużo mostów, mimo, że ładnie tam jest, miejsce całkowicie zapełnione turystami, głównie Azjatami z wielkimi aparatami, robiącymi zdjęcia wszystkiemu, czemu się zdjęcie zrobić da. Krótko mówiąc Wenecja nie zachwyciła nas jakoś specjalnie. Trochę zakupów, zdjęć i kluczenia uliczkami... Obiad na schodach i kolejne zmiany planów. Właściwie plany dawno już poszły w niepamięć nikt nie chciał zabrać nas na południe, czy to do Bolonii, czy Florencji, czy gdziekolwiek... Dlatego też wsiedliśmy do pierwszego lepszego autobusu, który mógł nas wywieźć z Wenecji i powędrowaliśmy do Padovy. Za darmo 30 kilometrów. Miła odmiana dla naszego pecha... J
Szczęście skończyło się w Padovie. Czekanie na samochód, który mógłby nas zabrać do Bolonii przeciągało się w nieskończoność aż w końcu o godzinie 23:00 jakiś przemiły Włoch wywiózł nas za miasto na początek autostrady... Mijające samochody trąbiące na mnie i Sylwię nie były najmilszą rzeczą, jaka mogła nas spotkać. Obie w krótkich spodniach, do tego Maciek obok, wyglądałyśmy jak dwie.. no... i alfons w każdym razie. Żadna przyjemność. Zwłaszcza, że strasznie tego dużo we Włoszech, gdzie się nie spojrzeć jakieś panie czekające na okazję...
No nic, po nieudanej próbie złapania czegokolwiek do Bolonii postanowiliśmy pojechać pociągiem. Powrót pieszo do miasta o godzinie 23:30... Marzenie każdego autostopowicza. Nocna podróż pociągami kompletnie nas wyczerpała. Najpierw pociąg do Bolonii o 1:00, potem czekanie 5 godzin na pociąg do Florencji (przemili włoscy SOKiści przerwali nam drzemkę na stacji i wygonili do poczekalni, skąd nastę
Pogoda zmienną jest. Zdecydowanie stanie na jakimś odludziu z karteczką Florenze, w deszczu, burzy, grzmotami i błyskawicami nie należy do najprzyjemniejszych. A Włosi w okrutny sposób nas najnormalniej w świecie olali. Pozostała nam komunikacja kolejowa. Czyli znowu pociągiem do Florencji, gdzie zobaczyliśmy aż jeden zabytek i musieliśmy udać się na zupełnie inną stację i tam czekać w nieskończoność na pociąg do Triestu. Mili bezdomni panowie dotrzymali nam towarzystwa a rozmowa w języku hiszpańsko-włosko-angielskim potrafi naprawdę umilić czas...
Do Triestu dotarliśmy bez dziwniejszych przygód. Jeśli do dziwnych przygód nie wliczać spania na korytarzu i tego, że zapłaciliśmy za całą trasę jedynie 9 euro za odcinek Wenecja-Triest... W mieście docelowym zjedliśmy włoskie śniadanie, narobiliśmy zakupów (niesamowicie to wszystko tanie, słodycze, wino obrzydliwe jak diabli) i po pewnym czasie znaleźliśmy się w Koprze. Z Kopru podrzuciła nas pod Ljubljanę przemiła dziewczyna, która wręczyła mi w prezencie płytę z niezwykle przyjemną dla ucha muzyką pewnej słoweńskiej wokalistki a stamtąd do Lj podwiozło nas dwóch upalonych panów, którzy w prezencie dali nam papierki do zwijania filtrów do papierosów i nie tylko...
I tak oto skończyła się przygoda we Włoszech. Ostatecznie z miejsc, które chcieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy jedynie Wenecję, Rzym odpadł w przedbiegach, nie wspominam o cudnych śródziemnomorskich plażach i o tym, że nawet pizzy nie zjedliśmy ani makarony żadnego. Za to przygoda niezapomniana i kilka lekcji nie jedź na stopa do Włoszech, nie ufaj w poczucie odległości Włochów, Wenecja śmierdzi a pociągami jedź w nocy i płac jak najmniej. A na zakupy do Triestu wyjątkowo opłacalne.





Pozdr.
--
[link] -> My DA
--
There's no time to analyse
--
"Technically I Was Never Alive..." Infected.
Previous Page12Next Page